|
Brian Aldiss
Non Stop
. 3 .
Kap�an Henry Marapper by� t�gim, masywnie zbudowanym
m�czyzn�. Przykucni�ty cierpliwie, opar� si� biodrem o �cian�, a jego wielki,
obwis�y brzuch ko�ysa� si� przed nim miarowo. Pozycja, w kt�rej siedzia�, by�a
dla niego normalna, nietypowa by�a za to pora, w kt�rej si� zjawi�. Complain
stan�� przed skurczon� postaci� kap�ana oczekuj�c powitania lub wyja�nie�,
poniewa� jednak nic takiego nie nast�pi�o, musia� przem�wi� pierwszy. Duma nie
pozwoli�a mu jednak na nic wi�cej, jak tylko nieokre�lone mrukni�cie. Marapper
uni�s� do g�ry brudn� �ap�.
- Przestrzeni dla twojego ja, synu. - Twoim kosztem, ojcze.
- I kosztem niepokoju w mojej ja�ni - wyrecytowa� nabo�nie
kap�an, po czym nie usi�uj�c nawet wsta�, wykona� zwyczajowy przykl�k jako
symbol gniewu.
- Zosta�em wych�ostany, ojcze - rzek� Complain nabieraj�c
jednocze�nie kubek ��tawej wody z dzbanka. Wypi� par� �yk�w, a reszt� zu�y� na
zwil�enie i wyg�adzenie w�os�w.
- Tak, s�ysza�em, Roy, s�ysza�em. Mam nadziej�, �e
przynios�o ci to ulg�?
- Owszem, ale wyra�nie kosztem mojego grzbietu.
Zacz�� �ci�ga� koszul�; robi� to powoli, wzdrygaj�c si�.
B�l, jaki wywo�a�o tarcie materia�u o rany, by� prawie przyjemny. Oczywi�cie w
czasie nast�pnej sen-jawy b�dzie du�o gorzej... Rzuci� pokrwawion� odzie� na
pod�og� i splun�� na ni�. Jego irytacj� powi�ksza�a oboj�tno��, z jak� kap�an
przygl�da� si� jego zabiegom.
- A ty co, nie na ta�cach, Marapper? spyta� cierpko.
- Moje obowi�zki zwi�zane s� z duchem, a nie zmys�ami -
odpar� nabo�nie kap�an. - Poza tym znam lepsze sposoby na zapomnienie.
- Jak na przyk�ad porwanie w g�szcze, prawda?
- Cieszy mnie, �e tak powa�nie traktujesz swoj� spraw�,
przyjacielu. To zgodne z Nauk�. Obawia�em si�, �e zastan� ci� w czarnej
rozpaczy, ale jak widz�, moja pociecha nie jest ci, na szcz�cie, potrzebna.
Complain spojrza� na twarz kap�ana, unikaj�c jego �agodnego
spojrzenia. Nie by�a to twarz przyjemna - w tej chwili przypomina�a raczej
jakiego� bo�ka prymitywnie ulepionego z t�uszczu, pomnik cn�t, dzi�ki kt�rym
cz�owiek przetrwa�: chytro�ci, zach�anno�ci, egoizmu. Nie mog�c sobie da� rady z
samym sob� Complain poczu� nagle przyp�yw �yczliwo�ci do tego cz�owieka - jego
przynajmniej zna, z nim sobie poradzi.
- Niech ci� nie obra�a stan moich nerw�w, ojcze - rzek�. -
Wiesz ju� o tym, �e utraci�em swoj� kobiet� i moje �ycie nie jest w tej chwili
wiele warte. Cokolwiek osi�gn��em - a nie by�o tego wiele - straci�em, a to, co
zachowa�em, zostanie mi odebrane si��. Przyjd� stra�nicy, kt�rzy wych�ostali
mnie dzisiaj i wych�oszcz� jutro, po to aby mnie st�d wyrzuci� do samotnych
m�czyzn i ma�ych ch�opc�w. �adnych nagr�d za udane polowanie, �adnej pociechy w
nieszcz�ciu. Prawa tego szczepu s� zbyt surowe, kap�anie, sama Nauka pe�na jest
okrutnych sformu�owa�, ca�y ten d�awi�cy nas �wiat to nic innego, jak tylko
jedno �r�d�o nieszcz��. Dlaczego tak musi 'by�? Dlaczego nie ma �adnych widok�w
na szcz�cie, �adnej nadziei? Co tam zreszt�, i tak chyba zwariuj� jak kiedy�
m�j brat. Przedr� si� przez ten t�um durni�w i ka�dego z nich napi�tnuj� moim
nieszcz�ciem.
- Oszcz�d� mi dalszego s�uchania - przerwa� kap�an. - Mam
du�� parafi�, kt�r� si� musz� zaj��. Mog� wys�ucha� twojej spowiedzi, ale
wybuchy gniewu zatrzymaj dla siebie.
Wsta�, przeci�gn�� si� i poprawi� brudny p�aszcz na
ramionach.
- Ale co my mamy z takiego �ycia? - zapyta� Complain
t�umi�c w sobie nieodparte pragnienie zaci�ni�cia r�k na t�ustej szyi kap�ana. -
Po co tu jeste�my? Jaki jest cel istnienia tego �wiata? Jako kap�an powiedz mi
to otwarcie.
Marapper westchn�� g��boko i uni�s� obie d�onie w niemym
prote�cie.
- Moje dzieci, wasza ignorancja jest wstrz�saj�ca, ile� w
was zawzi�to�ci! M�wisz „�wiat", a masz na my�li ten �mieszny i ma�o znacz�cy
szczep. �wiat to co� wi�cej. My, glony, Bezdro�a, Dziobowcy - s�owem wszystko -
znajdujemy si� w pewnego rodzaju pojemniku zwanym statkiem, lec�cym z jednej
cz�ci �wiata do drugiej. M�wi�em ci to ju� wielokrotnie, tylko ty tego nie
mo�esz poj��.
- Znowu te teorie - odpar� ponuro Complain. - Co z tego, �e
�wiat nazywamy statkiem albo �e statek jest �wiatem, gdy to dla nas nie ma i tak
�adnego znaczenia.
Z niewiadomych przyczyn teoria ta, og�lnie nie ciesz�ca si�
powa�aniem w Kabinach, niepokoi�a go i budzi�a l�k. Zacisn�� wargi i rzek�:
- Chcia�bym teraz zasn��, ojcze. Sen przynajmniej przynosi
spok�j, a ty opowiadasz tylko zagadki. Czy wiesz, �e czasem mi si� �nisz? Zawsze
m�wisz mi we �nie co�, co powinienem zrozumie�, ale nie wiadomo dlaczego, nie
mog� nigdy us�ysze� z tego ani s�owa.
- I nie tylko we �nie - rzek� uprzejmie kap�an odwracaj�c
si�. - Chcia�em ci� spyta� o co� wa�nego, ale to b�dzie musia�o poczeka�. Wr�c�
tu jutro i mam nadziej� zasta� ci� w lepszym nastroju, nie zdanego wy��cznie na
�ask� adrenaliny - doda� wychodz�c.
Przez d�ugi czas Complain patrzy� na zamkni�te drzwi, nie
s�ysz�c zupe�nie ha�asu dochodz�cego z zewn�trz, i wreszcie ze znu�eniem wdrapa�
si� na puste ��ko.
Sen nie nadchodzi�. Nadesz�y za to wspomnienia
nieko�cz�cych si� k��tni, jakie odbywa� z Gwenny w tym pokoju - poszukiwa�
bardziej brutalnego czy mia�d��cego argumentu - bezowocnych pojedna�. Trwa�o to
d�ugo, ale ten rozdzia� by� obecnie zamkni�ty; w tej chwili Gwenny spa�a ju� z
kim� innym. Complain zauwa�y�, �e odczuwa mieszane uczucia, �alu i zadowolenia
jednocze�nie. Analizuj�c wszystkie okoliczno�ci, jakie towarzyszy�y porwaniu
Gwenny, przypomnia� sobie nagle upiorn� posta�, kt�ra na ich widok rozp�yn�a
si� w�r�d glon�w. Usiad� gwa�townie na ��ku zaniepokojony czym�, co wydawa�o
si� gro�niejsze ni� niesamowite okoliczno�ci, w jakich rozwia�a si� owa
tajemnicza posta�. Za drzwiami panowa�a cisza. Gonitwa jego my�li musia�a trwa�
d�u�ej, ni� to sobie wyobra�a�; ta�ce sko�czy�y si�, a tancerzy ogarn�� sen.
Tylko jego �wiadomo�� przebija�a si� przez �miertelny ca�un ciszy spowijaj�cy
korytarze Kabin. Gdyby w tej chwili otworzy� drzwi, us�ysza�by nieustaj�cy
szelest - odg�os wzrostu glon�w... Pod wp�ywem napi�cia nerwowego sama my�l o
otwarciu drzwi wyda�a mu si� okropna... Przypomnia�y mu si� legendy, jakie
kr��y�y w Kabinach - legendy o tajemniczych, zadziwiaj�cych istotach...
Przede wszystkim ci tajemniczy ludzie z Dziobu... Tereny te
le�a�y bardzo daleko, a ich mieszka�cy odznaczali si� jakimi� nieznanymi si�ami,
tajemnicz� broni� i zupe�nie odmiennymi zwyczajami. Powoli zbli�ali si� przez
g�stwin� glon�w i w przysz�o�ci, w ka�dym razie tak g�osi�a legenda, mieli
rozprawi� si� ze wszystkimi pozosta�ymi szczepami. Ale chocia� Dziobowcy byli
straszni, nie ulega�o w�tpliwo�ci, �e s� przynajmniej lud�mi.
Mutanci z kolei byli podlud�mi. Wygnani ze swoich szczep�w,
�yli samotnie lub w ma�ych grupach w pl�taninie glon�w. Mieli za wiele z�b�w lub
ko�czyn, czasem za ma�o kory m�zgowej, a na skutek licznych wad rozwojowych
ledwie mogli ucieka� utykaj�c czy nawet czo�gaj�c si�. Byli p�ochliwi i z tej
przyczyny przypisywano im mn�stwo dodatkowych niesamowitych cech.
I wreszcie Obcy. Nie byli to ludzie... W snach starc�w,
takich jak Eff, pojawiali si� nieustannie. Powstali w nadnaturalny spos�b z
gor�cego czarnoziemu g�szcz�w, a ich mateczniki le�a�y w miejscach, gdzie
jeszcze nikt nie dotar�. Nie mieli serca ani p�uc, ale zewn�trznie przypominali
ludzi, dzi�ki czemu mogli �y� nie zauwa�eni w�r�d zwyk�ych �miertelnik�w,
zbieraj�c si�y, by potem - jak wampiry krew wysysa� z cz�owieka wszelk� moc. Od
czasu do czasu szczepy urz�dza�y na nich polowania; rozcinano wtedy cia�a
podejrzanych, ale z regu�y stwierdzano u nich obecno�� serca i p�uc. Ten
przyk�ad wskazywa� najlepiej, jak nieuchwytni byli Obcy, ale w ich istnienie nie
w�tpi� nikt, czego najlepszym dowodem by� sam fakt organizowania polowa�. Nawet
w tej chwili mogli gromadzi� si� za drzwiami, stanowi�c gro�b� w rodzaju
milcz�cej postaci, kt�ra znikn�a w�r�d glon�w.
Tak wygl�da�a prymitywna mitologia szczepu Greene, przy
czym nie r�ni�a si� ona zasadniczo od podobnych okropno�ci opowiadanych w�r�d
innych szczep�w w�druj�cych powoli przez region znany pod nazw� Bezdro�y.
W tej mitologii odr�bne miejsce zajmowali Giganci. O
Dziobowcach, mutantach i Obcych wiedziano przynajmniej, �e istniej�: co pewien
czas wywlekano z zaro�li �ywego mutanta i zmuszano, by ta�czy� tak d�ugo, a�
znudzeni ludzie wysy�ali go w D�ug� Podr�. Wielu wojownik�w przysi�ga�o, �e
stoczyli zaci�te pojedynki z Dziobowcami i Obcymi. A jednak wszystkie te trzy
gatunki mia�y w sobie co� nieuchwytnego; w czasie jawy, w towarzystwie, �atwo
by�o nie dawa� wiary ich istnieniu.
Inaczej przedstawia�a si� sprawa z Gigantami. Byli oni
absolutnie realni. Kiedy� wszystko nale�a�o do nich, ca�y �wiat by� ich
w�asno�ci�, niekt�rzy twierdzili nawet, �e ludzie pochodz� od Gigant�w. Ich
zdobycze by�y widoczne wsz�dzie, ich wielko�� oczywista. Gdyby kiedykolwiek
chcieli powr�ci�, wszelki op�r by�by niecelowy.
Poza wszystkimi fantastycznymi postaciami majaczy�a jeszcze
jedna, bardziej zreszt� symbol ni� konkretny tw�r. Zwano j� Bogiem. Nikt nie
odczuwa� przed nim l�ku, ale jego imi� wymawiano rzadko, tak �e dziw, w jaki
spos�b przetrwa�o z pokolenia na pokolenie. Wi�za�o si� z tym powiedzenie „na
mi�o�� bosk�", co brzmia�o bardzo g�rnolotnie, ale nie oznacza�o nic
konkretnego. W ten spos�b poj�cie Boga zosta�o ostatecznie sprowadzone do
�agodnego przekle�stwa.
A jednak to, co Complain zauwa�y� dzi� w g�stwinie glon�w,
by�o bardziej alarmuj�ce ni� cokolwiek innego. W�r�d tych rozmy�la� przypomnia�
sobie jeszcze jeden fakt: p�acz, kt�ry s�yszeli oboje z Gwenny. Te dwa oddzielne
fakty z�o�y�y si� nagle w ca�o��: nie znany cz�owiek i zbli�aj�cy si� szczep.
Ten m�czyzna nie by� �adnym Obcym- ani nikim r�wnie tajemniczym; by� zwyk�ym
�owc� z krwi i ko�ci, tyle �e z innego szczepu. A wi�c wyja�nienie okaza�o si�
a� tak proste...
Complain, odpr�ony, po�o�y� si�. Odrobina dedukcji
podnios�a go na duchu. Wprawdzie mia� do siebie lekk� pretensj�, �e pr�dzej nie
wpad� na w�a�ciwe rozwi�zanie, odczuwa� jednak pewn� dum� odkrywaj�c w sobie nie
znane dot�d zdolno�ci.
Zbyt ma�o pos�ugiwa� si� rozs�dkiem. Wszystko, co robi�,
by�o zbyt automatyczne: rz�dzi�o tym lokalne prawo, Nauka lub jego w�asny humor;
nale�a�o to zmieni� od zaraz. Od tej chwili b�dzie inny, taki jak powiedzmy -
no, jak Marapper. B�dzie ocenia� rzeczy, ale oczywi�cie niematerialne, tak jak
Roffery wycenia� towar.
Na pr�b� trzeba b�dzie pozbiera� pewne fakty, kt�re z�o��
si� w ca�o��; za pomoc� tej metody i dostatecznej liczby danych mo�e uda si�
nawet wyt�umaczy� sensownie koncepcj� statku.
Prawie niezauwa�alnie zapad� w sen...
Kiedy si� zbudzi�, nie powita� go zapach gotuj�cych si�
potraw. Usiad� sztywno, j�kn�� i drapi�c si� po g�owie wylaz� z ��ka. Przez
chwil� wydawa�o mu si�, �e przyt�acza go ca�kowicie przygn�bienie, po pewnym
jednak czasie poczu�, jak gdzie� w g��bi budzi si� w nim energia. Zamierza�
dzia�a�, czu� potrzeb� dzia�ania; na czym za� ma ono polega� - poka�e czas. Co�
Wielkiego pojawi�o si� znowu jak obietnica.
Naci�gn�� spodnie, podrepta� do drzwi i otworzy� je. Na
zewn�trz panowa�a dziwna cisza. Complain wyszed�.
Hulanki sko�czy�y si�, a ich uczestnicy, nie zadaj�c sobie
nawet trudu powrotu do domu, le�eli w�r�d barwnych szcz�tk�w tam, gdzie
zaskoczy� ich sen. Spali bezsensownie na twardym pok�adzie lub przebudzeni
le�eli bez ruchu i tylko dzieci czyni�y jak zwykle harmider, zmuszaj�c swoje
senne matki do wi�kszej aktywno�ci. Kabiny przypomina�y pole bezkrwawej bitwy,
dla kt�rej ofiar cierpienie jeszcze si� nie sko�czy�o.
Complain st�pa� cicho mi�dzy �pi�cymi. W mesie prowadzonej
przez samotnych m�czyzn mia� nadziej� dosta� co� do jedzenia. Zatrzyma� si� na
chwil� przy parze kochank�w le��cej na planszy od Skacz wzwy�. M�czyzn� by�
Cheap; rami�, kt�rym obejmowa� pulchn� dziewczyn�, gin�o pod jej sukienk�. Jego
twarz by�a na Orbicie, a ich nogi przecina�y Drog� Mleczn�. Ma�e muszki �azi�y
jej po nogach i znika�y pod sukienk�.
Z daleka zbli�a�a si� jaka� posta�, w kt�rej Complain z
niech�ci� pozna� swoj� matk�. W Kabinach istnia�o prawo, niezbyt skrupulatnie
przestrzegane, �e dziecko powinno zerwa� kontakty z siostrami i bra�mi, gdy
dosi�gnie g�ow� bioder doros�ego, a z matk� - gdy si�gnie jej pasa. Myra by�a
jednak kobiet� k��tliw� i upart�, jej j�zyk nie przestrzega� �adnych praw i
rozmawia�a ze swymi licznymi dzie�mi, gdy tylko nadarzy�a si� okazja.
- Witaj, matko - mrukn�� Complain. - Przestrzeni dla
twojego ja.
- Twoim kosztem, Roy.
- I oby twoje �ono by�o nadal p�odne.
- Jak dobrze wiesz, jestem ju� za stara na takie
uprzejmo�ci - powiedzia�a zirytowana tym, �e syn potraktowa� j� tak formalnie.
- Id� co� zje��, matko...
- A wi�c Gwenny nie �yje. Wiem ju� o tym. Bealie by�a
�wiadkiem twojej ch�osty i s�ysza�a tre�� og�oszenia. Zobaczysz, �e to wyko�czy
jej biednego, starego ojca. �a�uj�, �e nie zd��y�am - na ch�ost�, oczywi�cie -
nast�pnych postaram si� nie opu�ci�, je�eli mi si� to uda, ale zdoby�am z trudem
najpi�kniejszy odcie� zieleni i wszystko sobie ufarbowa�am, ��cznie z t� bluzk�,
kt�r� mam na sobie. Podoba ci si�? To jest naprawd� fantastyczne...
- S�uchaj, matko, bol� mnie plecy, a poza tym nie mam
nastroju do rozmowy...
- Oczywi�cie, �e bol�, Roy, trudno, �eby by�o inaczej.
Dreszcz mnie przechodzi, gdy pomy�l�, jak b�d� wygl�da�y pod koniec kary. Mam
t�uszcz, kt�rym mog� ci� natrze�, i to z�agodzi cierpienia. P�niej powinien
obejrze� to doktor Lindsey, je�eli masz jak�� zwierzyn�, �eby zap�aci� mu za
porad�. A teraz, kiedy Gwenny nie ma, powiniene� co� mie�. Tak naprawd� to nigdy
jej nie lubi�am...
- Pos�uchaj, matko...
- Je�eli idziesz do mesy, p�jd� z tob�. W�a�ciwie sz�am bez
specjalnego celu. Powiedzia�a mi, oczywi�cie po cichu, stara Toomer Munday -
chocia� b�g jeden wie, sk�d ona to s�ysza�a - �e stra�nicy znale�li troch�
herbaty i kawy w magazynie farb. Zauwa�y�e�, �e tego nie rozrzucali? Giganci
mieli o wiele lepsz� kaw� od nas.
Potok s��w zalewa� go tak�e wtedy, gdy z roztargnieniem
spo�ywa� posi�ek. Potem pozwoli� jej zaprowadzi� si� do jej pokoju, gdzie
nasmarowa�a mu t�uszczem plecy. W czasie tych czynno�ci s�ucha�, po raz nie
wiadomo kt�ry, tych samych dobrych rad.
- Pami�taj, Roy, �e nie zawsze b�dzie tak �le; po prostu
masz z�� pass�. Nie pozw�l, aby ci� to za�ama�o.
- Sprawy wygl�daj� zawsze �le, matko, po co w og�le �y�?
- Nie powiniene� tak m�wi�. Wiem, �e Nauka pot�pia trwanie
w goryczy, a ty nie widzisz wszystkiego tak jak ja. Ja zawsze twierdz�, �e �ycie
jest wielk� tajemnic�. Sam fakt, �e �yjemy...
- Ale ja to wszystko wiem. Dla mnie �ycie przypomina po
prostu narkotyk rzucony na rynek.
Myra popatrzy�a uwa�nie na jego gniewn� twarz i zmi�k�a.
- Kiedy chc� si� pocieszy� - powiedzia�a - wyobra�am sobie
ogromn� czer� obejmuj�c� wszystko. I nagle w tej czerni zaczynaj� miga� liczne
ma�e �wiate�ka. Te �wiate�ka to nasze �ycie, p�on�ce dzielnie i o�wietlaj�ce
nasze otoczenie. Ale co oznacza to otoczenie, kto zapali� te �wiate�ka i po
co... - westchn�a. - Gdy rozpoczniemy D�ug� Podr� i gdy nasze �wiate�ko
zga�nie, wtedy dowiemy si� czego� wi�cej.
- I ty twierdzisz, �e to ciebie pociesza rzek�
pogardliwie Complain. Ju� dawno nie s�ysza� tej matczynej metafory i chocia� nie
chcia� si� do tego przyzna�, wyda�o mu si�, �e �agodzi ona jego b�l.
- Tak. Oczywi�cie, �e mnie pociesza. Widzisz, jak nasze
�wiate�ka p�on� w tym miejscu razem. - To m�wi�c, dotkn�a ma�ym palcem punktu
na stole mi�dzy nimi. - Jestem wdzi�czna, �e moje nie p�onie samotnie gdzie� w
nieznanym miejscu - wskaza�a wyci�gni�tym ramieniem jaki� bli�ej nie okre�lony
punkt w przestrzeni.
Potrz�saj�c g�ow� Complain wsta�.
- Nie widz� go - przyzna�. - Mo�e by�oby lepiej, gdyby
�wieci�o gdzie� dalej.
- Oczywi�cie, mog�oby, ale wtedy by�oby inne. Tego si�
w�a�nie boj�, �e mog�oby by� inne, wszystko by�oby inne.
- Przypuszczam, �e masz racj�. Osobi�cie wola�bym, �eby po
prostu tu by�o inaczej. Ale, matko, m�j brat Gregg, kt�ry porzuci� szczep i
odszed� w g�stwin�...
- Ci�gle o nim my�lisz? - zapyta�a z o�ywieniem starsza
pani. - Gregg by� bardzo udany, Roy, gdyby zosta�, by�by dzi� stra�nikiem.
- Czy s�dzisz, �e on jeszcze �yje?
Stanowczo potrz�sn�a g�ow�.
- W g�stwinie? Mo�esz by� pewien, �e dopadli go Obcy.
Szkoda, wielka szkoda... Gregg by�by dobrym stra�nikiem. Zawsze tak twierdzi�am.
Complain mia� ju� odchodzi�, gdy powiedzia�a ostro:
- Stary Ozbert Bergass jeszcze zipie. M�wiono mi, �e wzywa
swoj� c�rk� Gwenny. Twoim obowi�zkiem jest i�� do niego.
Przynajmniej raz m�wi�a niezaprzeczaln� prawd� i
przynajmniej raz obowi�zek po��czony by� z przyjemno�ci�, gdy� Bergass by�
bohaterem szczepu.
Id�c nie spotka� �ywej duszy, z wyj�tkiem jednor�kiego
Olwella, kt�ry nios�c par� zabitych kaczek przewieszonych przez zdrow� r�k�
powita� go kwa�no. Pokoje, w kt�rych Bergass mia� obecnie swoje gospodarstwo,
le�a�y daleko w tyle Kabin, chocia� kiedy� znajdowa�y si� w okolicy przedniej
barykady. W miar� jak szczep przesuwa� si� powoli naprz�d, pomieszczenia te
pozostawa�y w tyle; Ozbert Bergass by� u szczytu swojej chwa�y, gdy mieszka� w
centrum terenu zajmowanego przez szczep. Obecnie, na staro��, jego pokoje
po�o�one by�y dalej ni� czyjekolwiek.
Ostatnia granica - barykada, kt�ra oddziela�a ludzko�� od
Bezdro�y - znajdowa�a si� tu� za jego drzwiami. Liczne puste pokoje oddziela�y
go od najbli�szego s�siada, jego dawni s�siedzi tch�rzliwie uciekli, wynosz�c
si� do centrum. Stary, uparty cz�owiek pozosta� jednak na miejscu pomimo coraz
bardziej utrudnionej ��czno�ci i �y� dumnie w brudzie i n�dzy, otoczony gromad�
kobiet.
Do tego miejsca nie dotar�y hulanki. W odr�nieniu od
chwilowo radosnego nastroju, jaki panowa� w reszcie Kabin, rejon Bergassa
wygl�da� ponuro i nieprzyjemnie. Kiedy� dawno, prawdopodobnie jeszcze w czasach
Gigant�w, mia� tu miejsce jaki� wybuch. Na pewnym odcinku �ciany by�y osmalone,
a w �rodku pok�adu widnia� otw�r d�ugo�ci cz�owieka. W okolicy drzwi starego
przewodnika nie by�o �adnego �wiat�a.
Sta�e przesuwanie si� szczepu te� nie pozosta�o bez wp�ywu
na zaniedbanie tej okolicy i glony, kt�re rozwin�y si� przed tyln� barykad�,
tworzy�y na brudnym pok�adzie poszarpany, kar�owaty si�gaj�cy ud szpaler.
Z pewnym zak�opotaniem Complain zastuka� do drzwi Bergassa.
Otworzy�y si� i jazgot g�os�w oraz k��by pary otoczy�y go jak chmura owad�w.
- Twojego ja, matko - zwr�ci� si� grzecznie do starej
wied�my stoj�cej w progu.
- Twoim kosztem, wojowniku. Ach, to Roy Complain, prawda?
Czego chcesz? My�la�am, �e wszyscy m�odzi g�upcy s� pijani. Lepiej wejd�, tylko
cicho.
By� to wielki pok�j ca�kowicie zawalony suchymi badylami
glon�w. Ci�gn�y si� one wzd�u� wszystkich �cian, co upodobnia�o pok�j do
uschni�tej puszczy. Bergass mia� obsesj�, �e ca�a konstrukcja ich �wiata,
wszystkie �ciany i pok�ady, ulegn� zniszczeniu, a szczep b�dzie musia� �y� w
g�stwinie glon�w w pomieszczeniach zbudowanych z tych tyczek. Przeprowadzi�
nawet eksperyment przenosz�c si� na pewien czas w g��b Bezdro�y i chocia�
prze�y�, to jednak nikt nie poszed� za jego przyk�adem. W pokoju unosi� si�
zapach roso�u wydzielaj�cy si� z wielkiego paruj�cego kot�a ustawionego w k�cie.
M�oda dziewczyna miesza�a jego zawarto��, a poprzez opary Complain dostrzeg�
wiele innych kobiet znajduj�cych si� w pokoju. Po�rodku siedzia�, co by�o
zaskakuj�ce, sam Ozbert Bergass. Aktualnie wyg�asza� przem�wienie, kt�rego
zreszt� nikt nie s�ucha�, jako �e wszystkie kobiety jednocze�nie ze sob�
rozmawia�y. Panowa� taki gwar, �e Complain nie m�g� oprze� si� zdumieniu, �e
ktokolwiek us�ysza� jego pukanie.
Ukl�k� przy starym cz�owieku. Gnilec poczyni� ju� powa�ne
post�py: wida� by�o, �e zacz�� si� jak zwykle w okolicy �o��dka, przerzucaj�c
si� z kolei najkr�tsz� drog� w stron� serca. Z mi�ni chorego wyrasta�y mi�kkie,
br�zowe wyrostki d�ugo�ci m�skiej r�ki, a ca�e wi�dn�ce cia�o wygl�da�o jak
zw�oki poprzebijane pr�chniej�cymi ga��ziami.
- ... I w ten spos�b statek by� stracony, cz�owiek by�
stracony, stracono wszystko, nawet sam sens straty - m�wi� zachrypni�tym g�osem
starzec patrz�c niewidz�cymi oczyma na Complaina. - By�em wsz�dzie w�r�d tych
ruin i powtarzam, �e im wi�cej czasu up�ywa, tym mniejsze mamy szanse
odnalezienia siebie samych. Wy, g�upie kobiety, tego nie rozumiecie, wam to jest
oboj�tne, ale m�wi�em Gwenny wiele razy, �e on szkodzi w�asnemu szczepowi.
Robisz �le, tak mu m�wi�em, niszcz�c wszystko, na co natrafisz, tylko dlatego,
�e tobie to nie jest potrzebne. Palisz ksi��ki, m�wi�em, niszczysz te filmy, bo
si� boisz, �e ich kto� u�yje przeciw tobie. M�wi�em, �e zawieraj� one sekrety,
kt�re powinni�my zna�, ale ty jeste� g�upcem i nie rozumiesz, �e zamiast
niszczy�, nale�y to wszystko u�o�y� w jak�� ca�o��. M�wi� ci, �e wi�cej
widzia�em pok�ad�w, ni� ty o nich s�ysza�e�, m�wi�em ci... Czego pan sobie
�yczy?
Poniewa� ta przerwa w nieko�cz�cym si� monologu by�a
prawdopodobnie wywo�ana jego obecno�ci�, Complain spyta�, czy m�g�by by� w czym�
pomocny.
- Pomocny? - powt�rzy� Bergass. - Zawsze dawa�em sobie rad�
sam, tak jak dawniej m�j ojciec. M�j ojciec by� najwybitniejszym przewodnikiem.
Chcesz wiedzie�, w jaki spos�b powsta� ten szczep? Powiem ci. M�j ojciec wraz ze
mn�, a by�em wtedy bardzo m�ody, odkry� to, co Giganci nazywali zbrojowni�. Tak,
pokoje pe�ne paralizator�w, pe�ne! Bez tego odkrycia szczep Greene nie by�by
tym, czym jest dzisiaj, dawno by wygin��. Tak, m�g�bym ci� zabra� teraz do
zbrojowni, gdyby� si� nie ba�. Daleko, w centrum Bezdro�y, tam gdzie stopy
zamieniaj� si� w r�ce, pod�oga oddala si�, a ty zaczynasz unosi� si� w powietrzu
jak owad...
Teraz bredzi - pomy�la� Complain. - Nie ma sensu m�wi� mu o
Gwenny, kiedy be�kocze o stopach zamieniaj�cych si� w r�ce.
Nagle stary przewodnik umilk�, a po chwili doda�:
- Jak si� tu dosta�e�, Royu Complain? Daj mi troch� roso�u,
m�j �o��dek jest suchy jak wi�r.
Kiwn�wszy na jedn� z kobiet, aby poda�a naczynie, Gomplain
rzek�:
- Przyszed�em zobaczy�, jak pan si� czuje. Jest pan wielkim
cz�owiekiem i przykro mi, �e znajduj� pana w takim stanie.
- Wielki cz�owiek - wymamrota� starzec g�upkowato, ale po
chwili wybuchn�� gwa�townie: - Gdzie m�j ros�? Co tam do diab�a robi� te
dziwki, czy myj� sobie w nim d...?
Jedna z m�odych kobiet poda�a szybko waz� robi�c przy tym
figlarnie oko do Complaina. Bergass by� za s�aby, aby je�� sam, przeto Complain
pospieszy� z pomoc� wlewaj�c mu �y�k� t�usty p�yn do ust. Zauwa�y� przy tym, �e
oczy przewodnika szukaj� jego oczu, jakby mia�y mu do przekazania jak��
tajemnic�, ale Complain z przyzwyczajenia nie chcia� do tego dopu�ci�. Odwr�ci�
si� i u�wiadomi� sobie nagle panuj�cy wok� brud. Na pok�adzie by�o dosy� b�ota,
aby mog�y tam rosn�� glony, a nawet suche tyczki umazane by�y brudn� mazi�.
- Dlaczego tu nie ma porucznika? Gdzie jest doktor Lindsey?
Czy nie powinien pana odwiedzi� kap�an Marapper? - wybuchn�� gwa�townie. -
Przyda�aby si� panu lepsza opieka.
- Ostro�nie z t� �y�k�, ch�opcze. Za chwil�, tylko si�
wysikam... och, m�j przekl�ty brzuch. Tak gniecie, tak strasznie gniecie...
Doktor... kaza�em moim kobietom odes�a� doktora. Stary Greene nie przyjdzie, bo
si� boi gnilca. Poza tym on si� robi taki sam stary jak ja, kt�rej� z sen-jaw
Zilliac go usunie i obejmie sam w�adz�... Jest cz�owiek...
- Czy mog� sprowadzi� kap�ana? - wtr�ci� z rozpacz�
Complain widz�c, �e Bergass znowu zaczyna majaczy�.
- Kap�ana? Kogo, Henry'ego Marappera? Przysu� si� bli�ej,
to powiem ci co�, o czym tylko my dwaj b�dziemy wiedzieli. To tajemnica, nigdy
nikomu o tym nie m�wi�em. Spokojnie... Henry Marapper jest moim synem. Tak. Nie
wierz� w te jego k�amstwa, tak jak nie wierz�...
Przerwa� krztusz�c si� i charcz�c, co Complain pocz�tkowo
wzi�� za j�ki wywo�ane b�lem, zanim u�wiadomi� sobie, �e jest to �miech
przerywany okrzykami: „M�j syn!".
Dalsze siedzenie tu by�o bezcelowe. Wsta� z niesmakiem,
skin�� kr�tko jednej z kobiet i odszed� pozostawiaj�c Bergassa w napadzie
drgawek tak silnych, �e naro�le na jego brzuchu uderza�y o siebie nawzajem.
Pozosta�e kobiety nie wykazuj�c najmniejszego zainteresowania sta�y z r�kami na
biodrach albo odgania�y od siebie muchy.
Fragmenty ich rozm�w dochodzi�y do oboj�tnych uszu
Complaina, gdy szed� do wyj�cia.
- ... i sk�d on bierze te wszystkie ubrania, chcia�abym
wiedzie�. Jest tylko zwyk�ym parobkiem. M�wi� wam, �e to donosiciel...
- Jeste� zbyt skora do ca�owania, Wenda. Wierz mi, �e jak
b�dziesz w moim wieku...
- ...najlepsza porcja m�d�ku, jak� kiedykolwiek
dosta�am...
- Mama Cullindram mia�a �wie�o miot z�o�ony z siedmiorga.
Wszystkie urodzi�y si� martwe, z wyj�tkiem jednego, biednego brzd�ca. Jak
pami�tacie, ostatnio by�y pi�cioraczki. Powiedzia�am jej prosto w oczy: musisz
by� bardziej stanowcza dla swego ch�opa...
- przegra� wszystko...
- k�ami�c...
- nigdy jeszcze tak si� nie �mia�am...
Gdy znalaz� si� z powrotem w ciemnym korytarzu, opar� si�
na chwil� o �cian� i odetchn�� z ulg�. Nie zrobi� w�a�ciwie nic, nawet nie
przekaza� wiadomo�ci o �mierci Gwenny, chocia� po to tu przyszed�, a jednak
jakby co� si� w nim zmieni�o. Jak gdyby jaki� wielki ci�ar przetoczy� mu si�
przez m�zg, wywo�uj�c b�l, ale pozwalaj�c widzie� wszystko ja�niej.
Instynktownie czu�, �e szykuje si� jakie� przesilenie.
W pokoju Bergassa panowa� potworny upa� i Complain czu�,
jak pot sp�ywa mu z czo�a. Nawet w tej chwili z korytarza mo�na by�o us�ysze�
gwar kobiecych g�os�w. Nagle przed oczyma stan�� mu obraz Kabin takich, jakimi
by�y naprawd�: wielka jaskinia wype�niona �wiergotem wielu g�os�w.
Nigdzie �adnego dzia�ania, tylko g�osy, zamieraj�ce
g�osy...
nast�pny |
|